Film

„Karo” – tak…

„Karo” – tak nazywała się wypożyczalnia kaset VHS, a następnie płyt DVD, którą na moim osiedlu, do końca mojego dzieciństwa, prowadził brat słynnego rozrabiaki z podejrzanej klatki „A”.

Wypożyczalnia mieściła się w piwnicy sklepu Prix, do którego chodziliśmy po tanie oranżady w butelce „na miejscu” oraz po maczugi. Keczupowe, oczywiście. Kosztowały wówczas 49 groszy.

Brat kolegi był dużo starszy, nikt nie wiedział, czy ma 20, czy też 35 lat. Prowadził własną firmę – wypożyczalnię, więc dla większości chłopaków z osiedla był już po prostu „panem z Caro”.

Kilka schodków w dół. Wejście przez ciężkie drewniane drzwi ulepszone od przodu spawaną kratą. Z prawej lada, na niej pudełka z kartami klientów. Wszędzie dookoła – kasety VHS. Z lewej, tuż po wejściu, oczywiście nowości. Były najdroższe. Za te, które tylko zeszły z ekranów kin trzeba było zapłacić nawet 8 złotych!

Kilka kroków dalej, do przodu – filmy dla młodzieży i dzieci. Zawsze w tym samym miejscu stały: Ace Ventura, Maska, film z jakimiś jajogłowymi na okładce (chyba też z Jimem. Nigdy tej kasety nie wypożyczyłem!), a także m.in. Zew Natury – historia o chłopcu, który porozumiewał się z gorylem przy pomocy języka migowego. Tuż obok nich stał „Space Jam”. „Kosmiczny Mecz”, który wypożyczyłem najwięcej razy ze wszystkich, nie wpadając nigdy na pomysł, żeby tę kasetę po prostu przegrać pożyczając magnetowid od koleżanki. Cóż, zawsze byłem uczciwy i lojalny. Ewentualnie naiwny i głupi.

Między ladą a częścią z kasetami dla dzieci i młodzieży, po prawej stronie, była wnęka z filmami dla dorosłych. Mam tu na myśli filmy akcji, sensację, horrory. No, ale na dwóch najwyższych półkach… Dało się dostrzec goliznę. „Proszę pana, ja chcę tylko zobaczyć czy jest Armageddon” – mówiło się nie raz i nie dwa po to, by zerknąć na wspomniane wyższe półki. Później – filmy tylko, tylko dla dorosłych – przeniesiono w inne miejsce. Drzwi otwierały się do wewnątrz i kasety z gołymi paniami znalazły się właśnie za nimi. Drzwiami, oczywiście. Nastolatkom głupio było je odchylać by popatrzeć na goliznę. Brat kolegi nieźle to rozplanował.

Każdy z klientów wypożyczalni „Karo” miał własną kartę i własny numer karty. 836, 368, 683? Zawsze go myliłem i kończyło się na tym, że trzeba było wertować wszystkie i szukać mojego nazywiska. Za wypełnienie całej karty numerkami przynależącym do poszczególnych filmów dostawało się zniżkę stałego klienta. Na pewno taką miałem.

A, właśnie! Karteczki. Do stojących na regałach pustych pudełek po kasetach przy pomocy spinacza biurowego przypięte były karteczki z numerem. Na kawałku plastikowego arkusza była naklejka cenowa z numerem np. 1667. Pomarańczowa naklejka była standardowym filmem. Seledynowa oznaczała nowość. Jeśli karteczki przy pudełku nie było oznaczało to, że ktoś kasetę zdążył wypożyczyć. Tylko niektóre z filmów były dostępne w liczbie większej niż jeden.

Kary za brak przewinięcia kasety nie było. Naprawdę. Było za to złowieszcze spojrzenie brata kolegi z klatki „A”. Często to wystarczyło, żeby pamiętać o przewinięciu.

#90s #lata90 #vhs #dziecinstwo #wspomnienia #kaseta #video #takaprawda #film #kino